niedziela, 20 listopada 2011

Nowi mieszkańcy moich półek, czyli stos

Wklejam moje ostatnie zdobycze książkowe. Stosik ponownie zdominowany przed cegłę Martina, ale po kolei.



Od góry:
„Królewska krew. Wieża elfów” Michael J. Sullivan- egzemplarz recenzyjny od wyd. Prószyński. Jak widać jestem w trakcie lektury (którą niestety musiałam przerwać z uwagi na konieczność przeczytania „Granicy” Nałkowskiej). Nie zdążyłam jeszcze wyrobić sobie opinii, ale zapowiada się obiecująco.
„Pani wyrocznia” Margaret Atwood- od dawna mam w planach którąś z pozycji tej autorki, kiedy więc natknęłam się na „Panią wyrocznię” w antykwariacie wiedziałam, że wyląduje na mojej półce ;)
„Tajny agent Jaime Bunda” Pepetela- pozycja wygrana w Złotej Zakładce. Szczerze powiedziawszy nie mam o niej zielonego pojęcia- jak  na razie straszy zadkiem na okładce ;)
„Portret w sepii” Isabel Allende- prezent urodzinowy. Nawiasem mówiąc, może znajdzie się jakaś miła duszyczka która uświadomi mnie w jakiej kolejności należy czytać trylogię tej pisarki? Spotkałam się już z kilkoma wersjami. W kolejności wydawania?
„A feast for crows” George R.R. Martin- na koniec mój ukochany „Dżordż” ;) Czwartą część sagi dorwałam na allegro za naprawdę okazyjną cenę (26 zł + koszty przesyłki), w porównaniu do cen księgarnianych, przekraczających kwotę 100 zł. Do pełni szczęścia brakuje mi „Game of thrones” oraz „Clash of the kings” w twardookładkowym wydaniu- i cóż, czasu, żeby to wszystko przeczytać.
Pozostaje mi jedynie prosić siły natury o wydłużenie doby- niestety, nie mam kompletnie czasu na czytanie, a każdy kolejny tydzień w szkole wydaje się jeszcze gorszy od poprzedniego. I tym niezbyt optymistycznym akcentem kończę i życzę wszystkim miłych doznań czytelniczych ;)

Pozdrawiam!

sobota, 12 listopada 2011

"Wichry archipelagu" Bradley P. Beaulieu

„Wiatr niesie śmierć. Tajemnicza zaraza dziesiątkuje ludność, osłabiając targane wewnętrznymi konfliktami księstwo Kałakowa. Nawet wznoszące się pośród wzburzonych mórz niedostępne mury nie chronią przed wszystkim, a fanatyczni Maharraci tylko czekają na okazję, by przejąć władzę.

Atak żywioł aka na zmierzający do wyspy powietrzny statek zaprzepaścił szansę na pokój. Śmierć podróżującego nim Wielkiego Księcia pogorszyła i tak złą sytuację archipelagu. Los wysp spoczywa teraz w rękach młodego księcia Nikandra i autystycznego chłopca, który potrafi narzucić siłom natury swoją wolę.

Czy jest on jednak zbawcą, czy niszczycielem?”

Fantastyka to niezwykle wdzięczny gatunek, pozwalający autorowi sięgać po najdalsze wytwory wyobraźni i przelewać na papier treści bezspornie wysoce nieprawdopodobne.  Wydawać by się mogło, że przy takiej swobodzie i praktycznym braku ograniczeń czytelnik winien być co rusz zaskakiwany coraz to nowym pomysłem. Niestety, fantastyka to nie tylko innowacyjne idee i błyskotliwe koncepcje, ale i nieciekawe, bezbarwne kalki oparte na wcześniejszych schematach.  Tym bardziej cieszę się, że panu Beaulieu, twórcy „Wichrów archipelagu”, udało się uniknąć marnego naśladownictwa i zaoferować czytelnikowi całkiem oryginalny twór.
Przyznaję, że to głównie okładkowa ilustracja przekonała mnie do sięgnięcia po tę pozycję- grafikowi należą się gromkie brawa. Jakie treści może skrywać tak baśniowa oprawa? Wraz z postępującą lekturą czytelnik przenosi się osobliwego świata wysp, bezsprzecznie kojarzącego się z rosyjskimi klimatami. W sytuacji, w której najpospolitszym wzorcem jest opieranie kreacji na angielskich/amerykańskich wzorcach zabieg pisarza niewątpliwie zyskuje na nietuzinkowości – ach, raduje się ma słowiańska dusza :) Niestety, o ile nieszablonowe otoczenie zasługuje na pochwałę, o tyle sposób wprowadzenia czytelnika do nieznanego środowiska woła o pomstę do nieba. Zostajemy wrzuceni na głęboką wodę bez żadnych wyjaśnień- a więc myśl, kombinuj i łam sobie głowę, drogi czytelniku, nad różnicą między Aramanami a Maharratami, nad ideą eteru i wiatroportów czy wreszcie- kim (czym?) do diabła są hezany. Nawet teraz, po całościowej lekturze powieści, nadal nie jestem pewna czy moje wyobrażenia odpowiadają zamierzeniom autora.
Sama fabuła prezentuje się w zupełności zadowalająco, chociaż akcja miewa lepsze i gorsze momenty. „Wichry archipelagu” nie są powieścią, którą zakwalifikowałabym do zacnego grona książek niedających czytelnikowi spokoju ani na chwilę, których nie odłożymy na bok bez wyrzutów sumienia. Twórczość Beaulieu miewa fragmenty niezwykle wciągające, ale i te zwyczajnie nużące, przez które trzeba przebrnąć (czasem z trudem) by znów zaczytywać się w bardziej frapującej prozie. Co by nie wyszło, że tylko marudzić potrafię- nie mam żadnych zarzutów do kreacji bohaterów. Wszyscy są na swój sposób wiarygodni oraz interesujący- i chociaż sama nieco inaczej poprowadziłabym niektóre postacie- autor w tej materii radzi sobie naprawdę przyzwoicie.
Proza Bradleya P. Beaulieu charakteryzuje się stylem na dobrym poziomie. Nie olśniewa błyskotliwymi rozwiązaniami, ale nie sposób odmówić jej dynamizmu, pewnej wyrazistości i swoistej plastyczności. To wszystko sprawia, że „Wichry archipelagu” czyta się szybko, łatwo i przyjemnie.
„Wichry archipelagu” nie są powieścią pozbawioną wad, przyznajmy- jak niemalże każda książka. Co jednak warte uwagi- z kart tego obszernego tomu wionie ożywcza świeżość, która sprawia, że prozą Amerykanina zdecydowanie warto się zainteresować. Twórczość Beaulieu nie pozostawiła mnie w zachwycie, ale spędziłam w jej towarzystwie kilka miłych chwil. Jeśli do czasu ukazania się kontynuacji mój gust czytelniczy nie ulegnie całkowitej przemianie z pewnością sięgnę po drugi tom pióra pana Bradleya. Jednym słowem- polecam.
Ode mnie: 4,5/6
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

niedziela, 23 października 2011

Stosik po raz kolejny

Od czasu prezentacji mojego ostatniego stosiku minęło już trochę czasu. Do mojego domu zawitało kilka kolejnych tytułów, które z dumą prezentuję poniżej.


Od góry:
„Jehannette” Izabela Szolc- zbiór opowiadań o kobietach (takich jak Joanna d’Arc, Anna Boleyn, Lukrecja Borgia, Barbara Radziwiłłówna…). Tematyka zdecydowanie „moja”, więc nie mogłam przejść obojętnie wobec tej książki. Mam nadzieję, że się nie zawiodę ;)
„Wichry archipelagu” Bradley P. Beaulieu- fantastyka, egzemplarz recenzencki od wydawnictwa Prószyński. Zostało mi raptem kilkadziesiąt stron, więc wkrótce skrobnę o niej parę słów.
„Tigana” Guy Gavriel Kay- zakup, o który mogę winić Aleksandrę, sprawczynię mojego ogromnego zainteresowania tym autorem. Zobaczymy, czy było warto ;)
„Villette” Charlotte Brontë- angielską klasykę uwielbiam i co jakiś czas dokupuję kolejne tytuły do mojej biblioteczki. Historię Jane Eyre kocham, więc siłą rzeczy na mojej półce musiały zagościć inne dzieła tej siostry Brontë. Nawiasem mówiąc- widzieliście ostatnią ekranizację Jane? Bardzo polecam- w moim prywatnym rankingu nie pobiła tej z 2006 roku, ale i tak zdecydowanie warto wydać pieniądze na bilet do kina. Wspaniała muzyka Marianellego, fenomenalne zdjęcia i niezłe kreacje aktorskie.
Pozdrawiam serdecznie!

niedziela, 16 października 2011

"Baron i łotr" Kamil Gruca

„Wojna stuletnia trwa w najlepsze. Na polach wokół Azincourt legł kwiat francuskiego rycerstwa. Zanim krew zabitych zdążyła ostygnąć, w pogoń za zdrajcą rusza kilka angielskich rycerzy. Nadeszła pora zemsty i wyrównania rachunków.”

Czyż nie ma wdzięczniejszego tematu nad opowieści rycerskie? Nawet dzisiaj, po upływie tylu lat od upadku ideału średniowiecznego wojownika, sporo osób wciąż fantazjuje na temat czasów zbroi, miecza i wątłych panien. Najwidoczniej tęsknotę do czasów rycerstwa podziela Kamil Gruca, znany również jako sir Robert Neville, i pod postacią stosunkowo krótkiej powieści o wdzięcznym tytule „Baron i łotr” postanowił zabrać czytelnika w świat, w którym honor stanowił najwyższą wartość.
Znajdujemy się we Francji roku Pańskiego 1415. Francuzi toczą zażartą walkę z Anglikami podczas wojny szumnie określonej przez historyków stuletnią.  Jednak bitwy nie toczą się tylko na głównym froncie- korzystając z okazji rycerze rozwiązują również prywatne porachunki. Sama wojna stuletnia zdaje się być jedynie tłem do widowiskowych pojedynków, pościgów i porwań, na których postanowił skupić się sam autor.
Przyznaję, że pomysł na fabułę nie wzbudził mojego mocnego entuzjazmu. Czytelnik zostaje od razu wrzucony na głęboką wodę, bez delikatnego wprowadzania w akcję. W rezultacie przez pierwsze kilkanaście/kilkadziesiąt stron czułam się zagubiona jak dziecko we mgle, pośród obcych postaci wojowników, w bliżej nieznanym miejscu.  Dopiero po wstępnym zorientowaniu się w intrydze i skojarzeniu paru nazwisk zaczęłam czerpać prawdziwą przyjemność z lektury.
Kamil Gruca kreuje gromadę naprawdę realistycznych postaci. Nie mogą się one poszczycić skomplikowanym i rozbudowanym portretem psychologicznym, jednak odmówić im naturalności nie sposób. Nie zapominajmy, że autor był mocno ograniczony przez liczbę stron swojej powieści- w trzystustronicowej powieści nie sposób upchnąć mnóstwa szczególików. Jeśli zaś rozszerzyłby swoją książkę o swoiste detale, opisy zaczęłyby dominować nad samą akcją, a to nie wyszłoby lekturze na dobre.
Dochodzimy wreszcie do stylu- w tym momencie nie mogę powstrzymać się do zacytowania zdania z okładki- „To jedyny autor, który piórem włada równie sprawnie jak prawdziwym mieczem”. Na widok takiej sentencji zazwyczaj nad moją głową cudownie rozbłyskuje czerwona lampka, która natychmiast uruchamia sceptyczną część mojej natury. W przypadku Kamila Grucy jednak przyznaję się do małej pomyłki- nie znam fechtunkowych umiejętności autora, aczkolwiek spod jego pióra wychodzą naprawdę przyzwoite zdania. Brak im finezyjności, którą tak uwielbiam i szanuję, jednak w pełni doceniam plastyczny język, który łatwo obrazuje zamierzenia fabularne pisarza.
Lekturę powieści „Baron i łotr” wspominam pozytywnie. Bez oszukiwania i zbytecznego schlebiania pisarzowi- fabuła lada dzień ulotni się z mojej głowy, a po pewnym czasie wyparuje również nietrwałe wspomnienie o samym fakcie czytania danego tytułu. Nie zmienia to jednak faktu, że dzięki lekturze mogłam dwa wieczory spędzić w przyjemnym towarzystwie panów okrytych zbroją, odrywając się od szarej codzienności współczesnych czasów. „Barona i łotra” polecę głównie fanom powieści historycznych szukającym niezbyt skomplikowanej i raczej przeciętnej rozrywki na wieczór- powieść Grucy powinna spełnić to zadanie.
Ode mnie: 4/6
Dla zainteresowanych- tutaj  możecie zapoznać się z początkiem powieści.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Znak literanova.

wtorek, 20 września 2011

Stosik

Dumnie prezentuję kolejny stosik- znów mało okazały, ale sprawiający mnóstwo radości ;) Z powodów szkolnych czasu czytać nie mam (i nie zapowiada się, aby ta sytuacja uległa zmianie do kwietnia)- od tygodnia nie przeczytałam ani strony książki, która nie byłaby podręcznikiem, niestety. Sytuacja ta jednak nijak nie przekłada się na abstynencję w sprawie zakupów książkowych, a więc od góry:

„Powrót Brideshead” Evelyn Waugh- od dawna ostrzyłam sobie zęby na tę pozycję, wreszcie dorwałam ją na allegro po mocno okazyjnej cenie.
„Baron i łotr” Kamil Gruca- do recenzji od wydawnictwa. Teoretycznie czytam teraz (praktycznie jak wyżej), na razie zapowiada się ocena pozytywna :)
„Północ Południe tom II” Elizabeth Gaskell- stanął dumnie obok tomu pierwszego na półce i czeka na mój wolny czas. Miniserial BBC kocham (polecam wszystkim!), teraz czas na książkę.
„A storm of swords” George R.R. Martin- prezent (raz jeszcze dziękuję!). Mojego kompletowania sagi Martina po angielsku ciąg dalszy. Tym razem tom trzeci, pozostaje zdobyć pierwszy, drugi i czwarty :)
A teraz muszę Was niestety pożegnać- jutro czeka mnie próbna sprawdzian maturalny z polskiego, a główne założenia epok same się nie przypomną ;) Klasa maturalna mnie wykończy…
Pozdrawiam!

piątek, 9 września 2011

"Teufel" Izabela Żukowska


„Gdańsk w ostatnich dniach sierpnia 1939. Przy molo w Glettkau (Jelitkowo) zostają znalezione zwłoki młodej kobiety. Przybyła na miejsce asystentka policji Lotte Meier rozpoznaje swoją byłą pracodawczynię, Mariannę Walewicz- Polkę pochodzącą z zamożnej, gdańskiej rodziny antykwariuszy. Sprawę topielicy z Glettkau rozpoczyna odchodzący właśnie na emeryturę komisarz Franz Thiedtke, jednak zostaje mu ona niemal natychmiast odebrana. Lotte pod wpływem przeczuć prosi komisarza, by sprawdził jej wątpliwości i niejasności. Komisarz odkrywa, że zwłoki z molo w Glettkau to ciało zupełnie innej osoby…”
Czasy wojenne, czy to w literaturze czy w kinematografii, od zawsze przyciągały moją uwagę- a to nastrojowością, a to specyfiką danych lat, a to wspaniałymi i niejednokrotnie wzruszającymi historiami. Do sięgnięcia po „Teufel” pióra Izabeli Żukowskiej zachęcił mnie właśnie okres, w którym pisarka zdecydowała się umieścić swoją historię. A zatem- zapraszam Was do Gdańska roku 1939.
Trudno przypasować „Teufel” do jednego gatunku literackiego. Fabuła mogłaby wskazywać na kryminał- jednakże nie czekamy do ostatniej strony z nieodgadnionym pytaniem kto jest czynnikiem sprawczym zaistnienia takich czy innych zwłok. Czy więc powieść obyczajowa? Ani to, ani to- pozostanę przy zdaniu, że powieści Żukowskiej nie da się jasno zaklasyfikować, autorka miesza gatunki, tworząc w rezultacie naprawdę przyjemny twór.
Na pochwałę zasługują kreacje bohaterów- przemyślane portrety psychologiczne, wiarygodne charaktery i niewyidealizowane temperamenty. Postacie budzą sympatię jak Lotte, swoisty podziw jak owiana nutką tajemnicy i aurą osobliwego powabu Marianna czy też zwykłą niechęć, jak Heinrich.
Przyznaję, że nie polubiłam stylu pisarki od pierwszej strony. Zdania długie i wielokrotnie rozwinięte kilkakrotnie sprawiały, że musiałam czytać dany fragment od nowa- po drodze gubiłam wątek czy ważne informacje. Z biegiem czasu jednak coraz bardziej wsiąkałam w klimat książki, a i sam sposób pisania Żukowskiej idealnie wpasował się w konwencję stworzonego przez nią nastroju. Pisarka nie skupia się jedynie na głównym wątku, co chwila zbacza z tematu by wtrącić parę zdań nie mających znaczenia dla kluczowej akcji. Niemniej taki zabieg daje pewne poczucie wielowymiarowości, opowieść nabiera realizmu i indywidualnego kolorytu.
Najmocniejszą stroną powieści jest, zresztą wspominany przeze mnie wcześniej, unikalny klimat. Na każdą ze stron książki przelana została niezaprzeczalna miłość autorki do dawnego Gdańska i jego niepospolitej atmosfery. Miasto zdaje się odżywać na łamach „Teufla”, prowadzić własny, osobliwy byt, pretendować do miana jednego z bohaterów tomiszcza Żukowskiej. Zachęcam do literackiego spaceru po gdańskich uliczkach, obserwowania miejsca, w którym zderzają się dwie społeczności- polska i niemiecka, śledzenia coraz bardziej wrzącej atmosfery tuż przed wybuchem II Wojny Światowej.
Na ogromną pochwałę zasługuje samo wydanie- wzbogacone ogromną ilością zdjęć, pojawiającymi się co jakiś czas numerami rozdziałów pisanymi piękną, gotycką czcionką i wewnętrzną okładką ozdobioną starym planem samego Gdańska.
„Teufel” polecam. Nie przypadnie do gustu każdemu, nie stanie na półce obok największych dzieł literatury, nie pozostanie w mojej pamięci na wieki- ale to powieść z duszą i oryginalnym, nieco „zakurzonym” klimatem stanowiąca sympatyczne zapełnienie wolnego wieczoru, z kubkiem kakao w ręce i puszystym kocem na podorędziu.
Ode mnie: 4/6
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Nowy Świat.
***
Pierwszy dzień września był dla mnie jednoznaczny z rozpoczęciem okresu w moim życiu teoretycznie bez czasu wolnego, co już odbiło się na mojej obecności w blogowym świecie. Wracam do domu i dosłownie padam na twarz, bez chęci na czytanie czy opisywanie moich wrażeń z lektury. Mam nadzieję, że wdrożę się w szkolny system i znajdę nieco czasu na lekturę- nie wyobrażam sobie pozostania do kwietnia w książkowej abstynencji (tak, tak, do kwietnia- przede mną matura i, z czego się cieszę, najdłuższe wakacje w życiu). A Wy zapamiętajcie- nigdy nie idźcie na profil z rozszerzoną biologią, chemią i fizyką z aspiracjami medycznymi ;) Pozdrawiam!

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

"Saga Sigrun" Elżbieta Cherezińska


Wydawać by się mogło, że trudno znaleźć oryginalny sposób na przedstawienie realiów dawnej Skandynawii- tematyka mężnych wojów o długich brodach z toporami w ręce była wałkowana nie raz. A wystarczyło przedstawić wszystko z innej perspektywy, z perspektywy kobiet, tak jak uczyniła to Elżbieta Cherezińska w swojej powieści „Saga Sigrun” otwierającej cykl Północna Droga, by napisać książkę zdecydowanie niebanalną.
W „Sadze Sigrun”, powieści o kobietach i dla kobiet, głównych ról nie grają Wikingowie, ale ich żony, matki, kochanki czy córki. Panie otulone w grube futra przeciwstawiają się codziennym problemom, raz po raz udowadniając, że określenie słaba płeć to zdecydowane nieporozumienie. Chodzą po wróżby, odczytują niepozorne znaki, składają ofiary nordyckim bogom, zgłębiają tajniki ziołolecznictwa, wychowują dzieci, doglądają żniw i niecierpliwie czekają na powrót mężów z wyprawy, swoją tęsknotę przelewając w hafty na ich koszulach. Tytułową Sigrun poznajemy w wieku nastoletnim, by wraz z ostatnią stroną powieści pożegnać  kobietę już dojrzałą, naznaczoną doświadczeniem żonę i matkę.
Pod względem stylistycznym „Saga Sigrun” to powieść bardzo nierówna. Momentami napotykamy fragmenty zachwycające swym poetyckim językiem i osobliwym wdziękiem, które czyta się z nieskrywaną przyjemnością. Innym razem trafiamy na te całkiem przeciętne i nieco niezręczne. Nie zmienia to jednak faktu, że podczas lektury dzieła Cherezińskiej mamy wrażenie, jakbyśmy słuchali starych pieśni. Zupełnie jakby nad naszą głową stał uzdolniony bard, wtórujący sławieniem dawnych bohaterskich czynów czy oszałamiających bitew do szelestu przewracanych stron.
Nawet bohaterowie są nieco wyidealizowani, jak w pieśniach właśnie. Jakkolwiek zazwyczaj taki zabieg mi przeszkadza, tak w przypadku „Sagi Sigrun” nie wywołał żadnej irytacji. Co więcej dosyć łatwo daje się go wytłumaczyć- wszystkie wydarzenia poznajemy z punktu widzenia Sigrun- a któraż matka czy żona nie dopuściłaby się lekkiej gloryfikacji ukochanego męża czy dzieci? Mam słabość do silnych kobiecych postaci, więc główna bohaterka momentalnie podbiła moje serce, zyskując sympatię i współczucie w trudnych chwilach.
Polscy autorzy na wstępie otrzymują ode mnie szczyptę nieufności (irracjonalny lęk przed rodzimą literaturą?), której nie pożałowałam i Elżbiecie Cherezińskiej. Na szczęście bliższe poznanie prozy autorki szybko zmyło niesprawiedliwe podejście do polskiej lektury. „Saga Sigrun” urzeka czytelnika- ujmuje malowniczymi i niezwykle plastycznymi opisami,  dbałością pisarki o detale, niezwykłym klimatem krainy fiordów, a wreszcie i samą historią.
Czy polecam? Zdecydowanie. „Saga Sigrun” to nie tylko przykład prozy na bardzo dobrym poziomie, ale i niezwykle nastrojowa historia, która powinna przypaść do gustu większości czytelniczek. Jeśli chcecie poznać nieco inne, kobiece spojrzenie na świat przedchrześcijańskiej Norwegii, na ziemie na których króluje kult Odyna i Thora, na krainę spowitą mroźnym wiatrem północy- koniecznie sięgnijcie po powieść Elżbiety Cherezińskiej.
Ode mnie: 5/6

czwartek, 25 sierpnia 2011

Subiektywny Przegląd Filmowy (część 1)


Tytuł polski: Niepokonani
Tytuł oryginalny: The Way Back
Rok produkcji: 2010
Reżyseria: Peter Weir
Obsada: m.in. Jim Sturgess, Ed Harris, Colin Farrell, Saoirse Ronan
Gatunek: dramat
Moja ocena: 7/10

Dramat zdecydowanie można zaliczyć do grupy moich ulubionych gatunków filmowych, chyba dzięki temu, że niesie ze sobą spory ładunek emocjonalny. Przed obejrzeniem „Niepokonanych” broniłam się spory czas, irracjonalnie skreślając tę produkcję już na samym początku- to chyba awersja do nazwiska „Farrell” w obsadzie. Wreszcie obejrzałam i żałuję, że tak długo zwlekałam z zapoznaniem się z tym filmem.
„Niepokonani” to historia ucieczki grupy więźniów z syberyjskiego gułagu i ich heroicznej pieszej wędrówki przez tajgę, Mongolię, pustynię Gobi, Tybet i Himalaje aż do Indii, oparta na nieco kontrowersyjnej książce „Długi Marsz” Sławomira Rawicza. To opowieść o sile ludzkiej woli, o potędze przyjaźni, chęci przetrwania, o niezłomności ludzkich charakterów.
Przepiękna, wzruszająca opowieść. Nawet Colin Farrell, którego zwyczajowo nie trawię, idealnie wpasował się w swoją rolę. Brawa należą się Harrisowi- genialne wcielenie się w postać Mister Smitha, chyba najjaśniejszy punkt obsady.
Ze swojej strony polecam „Niepokonanych” wszystkim- nie jest to arcydzieło kinematografii, ale zdecydowanie pozytywnie mnie zaskoczyło.

***


 
Tytuł polski: Conan Barbarzyńca
Tytuł oryginalny: Conan The Barbarian
Rok produkcji: 2011
Reżyseria: Marcus Nispel
Obsada: m.in. Jason Momoa, Stephen Lang, Rachel Nichols
Gatunek: przygodowy, fantasy
Moja ocena: 6/10


-Idziemy na Conana?
-…
-Chodź, pogapisz się na Jasona.

Poszłyśmy. Moja siła perswazji jest wielka.
Film można opisać w paru słowach- krwawa jatka i wielkie mordobicie. Conana nikomu przedstawiać nie trzeba, wielu z Was oglądało pewnie starszą wersję ze Schwarzeneggerem w roli głównej (od razu zaznaczam, nie należę do tej grupy).
Historia przewidywalna aż do bólu, ale nie spodziewam się zaskoczenia po fabule rozrywkowego filmu. Mamy barbarzyńskiego wojownika, który szuka zemsty, a po drodze dodatkowo znajduje  urodziwą przedstawicielkę płci przeciwnej (jak na prawdziwego herosa przystało). Krew się leje strumieniami, latają odcinane kończyny, nosy i inne części ciała, słychać zgrzyt stali.
Momoa nie tak dawno wcielał się w bardzo podobną postać khala Drogo w „Grze o Tron”. Przyznaję, że taka charakteryzacja bardzo mu pasuje i teraz nie wyobrażam sobie Jasona w innej roli. Sama obsada nie powala, typowe przeciętniaki. Czy film polecam? Wszystkim fanom nieustających bitew okraszonych niezłymi efektami specjalnymi zdecydowanie. Nienajgorsze kino rozrywkowe.
***

Tytuł polski: Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach
Tytuł oryginalny: Pirates of the Caribbean: On Stranger Tides
Rok produkcji: 2011
Reżyseria: Rob Marshall
Obsada: m.in. Johnny Depp, Penelope Cruz, Geoffrey Rush, Ian McShane
Gatunek: przygodowy, fantasy
Moja ocena: 7/10
Jack Sparrow to postać już kultowa, fenomenalnie zagrana przez Deppa. Poprzednie części przygód osobliwego pirata wspominam bardzo miło, nie mogłam więc darować sobie obejrzenia najnowszej produkcji.
Zmiana reżysera nie wyszła „Piratom…” na dobre, wizja Verbinskiego dużo bardziej do mnie przemawiała. Także przez nieobecność Willa i Elizabeth najnowsza część straciła nieco klimatu znanego z wcześniejszych odsłon. Pojawia się całkiem charyzmatyczna Angelina (w tej roli Cruz) i interesujący Czarnobrody (McShane), ale nie rekompensują straty poprzednich bohaterów. Na szczęście nazwisko Deppa i Rusha dalej widnieje w napisach końcowych ;)
Poziom serii spada z każdym kolejnym filmem, ale nie na tyle drastycznie, aby było to kino niestrawne. Nie ukrywajmy, „Piraci z Karaibów” to przede wszystkim produkcje familijne sygnowane znaczkiem stajni Disneya i w tej roli spełniają się znakomicie. Dalej cieszą niezłe zdjęcia Wolskiego, muzyka Zimmera i pirackie kostiumy.
Jestem niemalże pewna, że powstanie kolejna część przygód Sparrowa- wszak to kura znosząca złote jajka. Zaczyna trącić tasiemcem, aczkolwiek następną odsłonę Jacka również obejrzę, a co! ;) A Wam film polecam jako łatwą wieczorną rozrywkę.

niedziela, 21 sierpnia 2011

"Znak kości" Patricia Briggs

„Zmiennokształtna Mercedes Thompson ma za sobą ciężkie chwile. Najchętniej zamknęłaby się w swoim warsztacie i zajęła tym, co lubi – naprawą samochodów. Niestety rzeczywistość nie chce od niej zapomnieć. Znacie to powiedzenie: jeśli gdzieś są jakieś kłopoty, to Mercy wpadnie w nie na pewno. Wampiry wydają na nią wyrok śmierci, despotyczny samiec Alfa wilkołaczej sfory chce z niej zrobić swoją partnerkę, u przyjaciółki z dzieciństwa zalągł się duch… Na dodatek domu Mercy nie chce opuścić wyjątkowo samodzielna i magiczna laska. To chyba za dużo dla jednego, małego kojota! No mercy, Mercy!”

„Znak kości” to już czwarty z kolei tom przygód zmiennokształtnej mechanik Mercedes Thompson autorstwa Patrici Briggs.  Poprzednie tomy- „Zew księżyca”, „Więzy krwi” i „Pocałunek żelaza”- wspominam jako niezwykle przyjemne czytadła dlatego bez wahania przystąpiłam do lektury najnowszej części. Niestety, mój entuzjazm gasł z każdą kolejną stroną…
W tym tomie Mercedes musi zmierzyć się z całą plejadą stworzeń: wampirami, duchami, wilkołakami i z nieludźmi. Jak na jednego małego kojota całkiem sporo, nieprawdaż? Wydawałoby się, że akcja powinna pędzić jak szalona, żeby w tej dosyć cienkiej książce upchnąć aż tyle różnych ras. Nic bardziej mylnego, fabuła „Znaku kości” nie dorównuje intrydze znanej z tomów poprzednich. Główny wątek nijak nie potrafił mnie zainteresować- przyznam szczerze, że pomimo faktu, iż książkę skończyłam zaledwie parę dni temu, niewiele z niej pamiętam. Ot lekturka- przeczytać i zapomnieć.
Sama Mercy zdecydowanie traci- traci energię, werwę, charakter i cięty język. Rozumiem, że wpływ na tę zmianę mają dotkliwe wydarzenia z poprzedniego tomu, ale zupełnie nie przemawia do mnie nowa wersja głównej bohaterki.
W „Znaku kości” autorka sporo miejsca przeznacza na opis zachowań i reguł panujących pośród wilkołaczego stada- hierarchii, magii Alfy, powiązań między członkami watahy. Chyba jedynie tego typu wtrącenia ratują niezbyt ciekawą i stosunkowo przewidywalną fabułę.
Język autorki jest lekki i przejrzysty- może niezbyt barwny, ale książkę mimo to czyta się niezwykle szybko i nie bez pewnej dozy przyjemności. Dzięki temu powieść Briggs świetnie nadaje się na nieskomplikowaną wieczorną rozrywkę po męczącym dniu.
Zastanawiam się, czy moje gorsze odczucia na temat „Znaku kości” wynikają ze spadku formy samej autorki. Możliwe, że i poprzednie tomy po ponownej lekturze wspominałabym gorzej, nie zamierzam więc psuć swoich wcześniejszych wrażeń i ponawiać czytania. Inną, bardzo prawdopodobną opcją jest mój aktualny zachwyt prozą George’a Martina- powiedzmy to szczerze, Briggs nie wytrzymuje porównania. Słyszałam, że swoisty efekt pomartinowski polegający na krytyce innych książek dopada wielu fanów- najwidoczniej i mnie się przytrafił. Obym szybko ochłonęła :)
Czy polecam? Jestem pewna, że fani serii i tak sięgną po „Znak kości”, więc tych zachęcać nie trzeba. A pozostali? Jeśli ktoś szuka lekkiego, niezobowiązującego urban fantasy seria o Mercy może okazać się świetnym pomysłem. Przyznaję, że moja niska ocena może być nieco krzywdząca, a po następny tom i tak sięgnę, z czystej ciekawości co tym razem przytrafi się zmiennokształtnej bohaterce.
Ode mnie: 3,5/6

piątek, 19 sierpnia 2011

Stosik mały, ale cieszy

Uwielbiam oglądać Wasze piękne stosy książek (podejrzewam, że jak każdy z moli książkowych) i ślinię się okropnie na widok wymarzonych tomów. Pozazdrościłam to wstawię i swoje najnowsze nabytki. Stosik mały, ale cieszy mnie ogromnie.



Od góry:
-„The forgotten garden” i „The distant Hours” Kate Morton- dorwane na allegro. O autorce słyszałam mnóstwo dobrego, czas przekonać się czy i mnie przypadnie do gustu :) A, że przy okazji mogę podszlifować słownictwo wydaniem obcojęzycznym- tym lepiej.
-„Znak kości” Patricia Briggs- czwarty tom przygód Mercy Thompson, już przeczytany, wrażenia po lekturze niebawem :)
-„A dance with dragons” George R.R. Martin- perełka w moim stosie i chluba biblioteczki :) Cegła jakich mało, świetna do samoobrony. Wołała do mnie z półki w empiku,więc zwyczajnie nie mogłam jej tam zostawić. (Podczas zakupu zupełnie nie liczył się fakt, że jestem dopiero po drugim tomie sagi Martina, a brakujących tomów trzeciego i czwartego na razie nie posiadam.) Tak na marginesie- czy tylko mnie okrutnie nie podobają się polskie wydania Martina? Niezbyt atrakcyjne grafiki, mały format i cienka oprawa, która nie sprawdza się przy takiej ilości stron. „Gra o Tron” doczekała się już ładnego wydania w twardej okładce, ale na resztę przyjdzie nam nie wiadomo ile poczekać. Dlatego postanowiłam skompletować kolekcję oryginalnych hardbacków- a że zaczęłam od końca, to już inna sprawa ;)
Tym razem stosik w głównej mierze po angielsku- moje słownictwo leży i kwiczy, do tradycyjnej nauki słówek nie mam motywacji to może chociaż dzięki łączeniu przyjemnego z pożytecznym podczas lektury angielskojęzycznych tomiszczy podłapię słówko czy dwa :)
Pozdrawiam!

sobota, 13 sierpnia 2011

"Starcie królów" George R.R. Martin

Ostrzegam: spojlery z części pierwszej („Gra o tron”). Osoby noszące się z zamiarem przeczytania pierwszego tomu Sagi Pieśni Lodu i Ognia uspokajam- powiem kiedy zamknąć oczy, żeby uniknąć spojlerów.
„Gra o Tron” George’a R. R. Martina mnie autentycznie zachwyciła, ale miałam pewne opory przed sięgnięciem po następnym tom Sagi Pieśni Lodu i Ognia. Nierzadko zdarza się, że kolejne części serii nie dorównują genialnej pierwszej, a przyznaję, że w przypadku „Starcia królów” poprzeczkę ustawiłam wyjątkowo wysoko. Czy drugi tom dorównuje pierwszemu? Czy Martin trzyma poziom? Wreszcie- czy historia nadal jest tak samo interesująca? Spieszę z zapewnieniem- tak, tak, tak.
Jeśli ktoś nie zna treści „Gry o Tron” (nie czytał książki/nie oglądał serialu) a ma taki zamiar- proszę o ominięcie poniższego akapitu.  Nie chcę być odpowiedzialna za popsucie komuś zabawy :)
Wojna, która wybuchła po śmierci króla Roberta toczy się nadal. Do gry o tron przystępują kolejni lordowie żądni korony. Intryga się zagęszcza, królowie mnożą się jak grzyby na deszczu, a na scenę wstępują nowe postacie- Stannis Baratheon, Tyrellowie z Wysogrodu czy ród Greyjoyów z Żelaznych Wysp. Jakby tego było mało także Nocna Straż nie może liczyć na słodycz bezczynności- za Murem Mance Ryder zbiera armię. A Matka Smoków wędruje z khalasarem po ziemiach za morzem…
Świat wykreowany przez Martina ujmuje złożonością- wobec ogromu postaci niezwykle łatwo się pogubić. Pod tym względem „Starcie królów” czytało mi się o wiele lepiej niż „Grę o Tron”- część bohaterów już znałam i nie musiałam tracić czasu na zastanawianie się kim jest dany lord. A same postacie urzekają nadal- realizmem, różnorodnością, charyzmą. Duet Joffrey i Cersei dalej niepomiernie wku… irytuje, Tyrion błyska inteligencją, wątek Dany nabiera tempa.
Lektura „Starcia królów” zagwarantowała mi cały wachlarz emocji- od śmiechu, poprzez łzy, aż do zaskoczenia pomieszanego ze zdenerwowaniem. Czytając niektóre strony doświadczyłam prawdziwego „opadu szczęki”, autor zdecydowanie wie jak zaskoczyć czytelnika. I chociaż nie przepadam za opisami wojen w przypadku prozy Martina zgłębiam je z nieskrywaną przyjemnością.
Myślałam, że język autora jest dosyć nijaki- przyzwoity, ale niewyróżniający się niczym szczególnym. Przyznaję, myliłam się- styl Martina to połączenie lekkości i płynności, gwarantujące niezwykle plastyczne opisy. W tym przypadku nawet najlichsza wyobraźnia da radę- sceny z książki same stają przed oczami, jak odtwarzany w głowie film.
Saga Pieśni Lodu i Ognia to chyba pierwsza seria, która wciągnęła mnie do tego stopnia od czasów dziecięcej fascynacji Potterem. Książek Martina nie da się odłożyć bez doczytania do końca, po skończeniu lektury natychmiast ma się ochotę na więcej, a losy bohaterów nieustannie zaprzątają myśli (nie)szczęśliwca, który raz zatopił się w świecie Westeros.  Wciąga i nie puszcza, dopóki nie dobrniesz do ostatniej strony. A tam czeka zakończenie, którego nie potrafię określić innym przymiotnikiem niż „epicki”. Zarówno „Gra o Tron” jak i „Starcie królów” mogą szczycić się fenomenalnym finałem, który pozostawia ochotę na natychmiastową lekturę kolejnej części.
Polecam. Bardzo. Świetny przykład, kiedy niemal 900-stronicowa książka okazuje się za krótka, o wiele za krótka.
Ode mnie: 6/6
Za egzemplarz recenzencki dziękuję księgarniom Matras.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Wygrywajka zakładkowa- losowanie

Czas na wyniki mojej wygrywajki zakładkowej! Chęć posiadania zakładki z kotkiem zgłosiły aż 53 osoby- dziękuję za tak dużą frekwencję i żałuję, że mam tylko jedną zakładkę do rozdania. Bez dalszego owijania w bawełnę, oto przebieg losowania:





Jak widać na ostatnim zdjęciu nową posiadaczką zakładki stanie się Igoria. Gratuluję serdecznie i proszę o adres na mojego maila (ania_sz05@wp.pl) ;)
Reszcie osób bardzo dziękuję za udział i zapraszam na kolejną wygrywajkę- jak tylko wpadnę w twórczy szał na pewno wyprodukuję kolejne zakładki. Co chcielibyście na nich ujrzeć? Jakieś życzenia i pomysły? ;)
Pozdrawiam!

sobota, 6 sierpnia 2011

"Niewinność zagubiona w deszczu" Eduardo Mendoza


„Gdy siostra Consuelo, młoda ambitna przeorysza, puka do drzwi starej rezydencji, nie wie, że spotka tam diabła. Jest nim don Augusto – przystojny utracjusz, Casanova z hiszpańskiej prowincji. W upalnym słońcu Katalonii namiętność bierze górę nad rozsądkiem, a nad okolicą rozpętuje się burza, jakiej nie widziano od lat.”

Swoje poprzednie spotkanie z Mendozą, podczas lektury „Trzech żywotów świętych”, wspominam niezwykle miło. Uznany hiszpański pisarz zauroczył mnie ironicznym, niewymuszonym stylem i ciekawym podejściem do dosyć zwyczajnych historii. Kiedy więc na rynku wydawniczym pojawił się kolejny tytuł spod pióra tegoż autora bez cienia zastanowienia sięgnęłam po „Niewinność zagubioną w deszczu”, chcąc sprawdzić, czym tym razem Mendoza postanowił uraczyć czytelników.
Sama historia jest nieco banalna- przystojny dziedzic i młoda mniszka, która skuszona urokiem bogatego mężczyzny wstępuje na ścieżkę grzechu, otumaniona pożądaniem. Po drodze przewija się także wątek interesującego rozbójnika, który jednak nie dodaje oryginalności historii. Akcja toczy się niespiesznym tempem, tworząc swoistą otoczkę leniwego, małomiasteczkowego klimatu.
Jednak to nie fabuła urzeka mnie w pisarstwie Hiszpana. Autor bawi się formą i językiem, jego styl posiada zarówno lekkość, płynność jak i swego rodzaju klasę. Zdania wychodzące spod pióra Mendozy są doskonale wyważone, idealnie harmonizujące z danym tekstem. W przypadku tej powieści zabrakło mi nieco ironiczności i groteski, którą tak polubiłam w „Trzech żywotach świętych”. Nie zmienia to jednak faktu, że „Niewinność zagubiona w deszczu” bardzo przypadła mi do gustu, nawet z drobnym niedostatkiem.
Bardzo lubię bohaterów kreowanych na kartach jego powieści- są zarazem niebanalni, ale i nieskrywanie pospolici. Pisarz tworzy postacie bliskie czytelnikowi dzięki realizmowi i zwyczajnie ludzkim charakterom. Nie inaczej jest w przypadku „Niewinności zagubionej w deszczu”.
Jak pisze sam autor w przedmowie początkowo utwór miał być sztuką teatralną. Dopiero później urósł do rangi niedługiej powieści, choć z kilkoma charakterystycznymi dla utworu dramatycznego cechami- małą ilością bohaterów, wątków czy scenerii.
„Niewinność zagubiona w deszczu” to Mendoza nieco inny od tego znanego mi wcześniej. Inny, ale niekoniecznie gorszy. Pod osłoną nieskomplikowanej historii pisarz przekazuje kilka cennych przemyśleń- o sile wspomnień, o konsekwencjach życiowych wyborów, o ludzkich żądzach. Ze swojej strony polecam zapoznanie się z tą drobną objętościowo powieścią- nijak nie można zaliczyć jej do grona wybitnych, aczkolwiek czasu spędzonego nad lekturą nie powinniście uznać za stracony.
Ode mnie: 4,5/6
Za egzemplarz recenzyjny dziękuję wydawnictwu Znak litera nova.

wtorek, 2 sierpnia 2011

"Portret nieznanej damy" Vanora Bennett

„Fascynująca, pełna prawdziwych postaci i zdarzeń opowieść o miłości, sztuce i polityce na barwnym tle czasów Henryka VIII.

Rok 1527. Do Anglii przyjeżdża znany malarz Hans Holbein, który ma wykonać portret rodziny słynnego humanisty, polityka i dworzanina Thomasa More’a. Przez nowy, okazały dom More’a, położony w Chelsea nad Tamizą, przewijają się znane osobistości epoki Tudorów- artyści, astronomowie, politycy i duchowni.

Dwóm gościom bardzo podoba się Meg Giggs, jedna z przybranych córek More’a. Pierwszy z nich, elegancki, wysoki, ciemnowłosy John Clement ma wiele uroku, ale i niejasną przyszłość. Drugim adoratorem Meg staje się Hans Holbein, człowiek uczciwy, szczery i dość radykalny w poglądach. Obaj mężczyźni, choć tak różni, pociągają Meg. Będzie kochać jednego, poślubi drugiego.”

Odkąd po raz pierwszy ujrzałam obraz Holbeina na okładce „Portretu nieznanej damy” wiedziałam, że ta książka musi trafić do mojej biblioteczki. Uwielbiam epokę Tudorów, a na polskim rynku wydawniczym wciąż znajduje się mało tytułów opisujących te wspaniałe czasy. Bez zbędnego wybrzydzania sięgnęłam więc po dzieło Vanory Bennett i dałam się porwać nakreślonej przez pisarkę historii.
Dawno nie spotkałam się z tak krzywdzącym opisem na okładce, sugerującym wyraźnie, że prozę pani Bennett powinniśmy zaliczyć do romansów. Owszem, mamy wdzięczny wątek miłosny, jednakże nie stanowi on głównego zagadnienia poruszanego w „Portrecie nieznanej damy”. Pisarka sięga i po motyw ówczesnej sztuki i po myśli polityczne epoki Tudorów ogarniętej reformacją, a dodatkowo serwuje czytelnikowi niezły obraz tamtejszego środowiska humanistycznego.
Chociaż to Meg Giggs jest główną bohaterką (a także narratorką przez większość czasu) to inna postać przykuła moją uwagę. Mowa oczywiście o Thomasie More, humaniście, pisarzu i polityku, twórcy słynnej „Utopii”, a także świętym Kościoła katolickiego. Sporo osób może kojarzyć jego sylwetkę z oscarowego filmu „Oto jest głowa zdrajcy”. Jednakże o ile w produkcji Zinnemanna postać More’a jest widocznie wybielana, o tyle autorka „Portretu nieznanej damy” kreuje bohatera niejednoznacznego. Thomas to zarówno wzorowa głowa rodziny, jeden z najświatlejszych umysłów swoich czasów, ale i zaciekły fanatyk religijny palący heretyków na stosie.
Pisarka zgrabnie wykorzystuje wszelkie luki w historii, dopisując własne wersje wydarzeń. Całość opowieści brzmi stosunkowo wiarygodnie i nie powinna razić osób stawiających na zgodność fabuły z rzeczywistymi dziejami. „Portret nieznanej damy” cechuje się dobrze nakreślonym obrazem epoki i realistycznymi bohaterami. Także styl autorki oceniam pozytywnie- Vanora Bennett niewątpliwie posiada lekkie pióro, tworzy wciągające i klimatyczne opisy, dzięki którym bez trudu wsiąknęłam w powieść.
 Muszę pochwalić wydanie- w „Portrecie nieznanej damy” pisarka sporo miejsca przeznacza na opis malarskiej sztuki Hansa Holbeina Młodszego. Dzięki zamieszczeniu na końcu książki reprodukcji portretu rodzinnego More’a pędzla tegoż pana możemy na bieżąco śledzić przytaczane przez autorkę szczegóły płótna, co natychmiast dodaje realizmu powieści Vanory Bennett.
„Portret nieznanej damy” to pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników szesnastowiecznej Anglii, z naciskiem na entuzjastę czasów panowania Henryka VIII. Lekturę powieści polecam także wszystkim tym, którzy cenią dobre powieści historyczne- Vanora Bennett nie powinna Was rozczarować.  Z niecierpliwością czekam na inne książki tej autorki.
Ode mnie: 5/6
***
Przypominam, że do 10 sierpnia możecie zgłaszać się po robioną przeze mnie zakładkę. Szczegóły po kliknięciu w odpowiedni bannerek na pasku bocznym :)
A na koniec chwalę się wygraną u Domi :) Na Kinga miałam ochotę już od dłuższego czasu, teraz wreszcie zagościł na mojej półeczce. Do przesyłki dołączony był słodki upominek, ale nie wiedzieć czemu zniknął w trybie natychmiastowym :D Domi, dziękuję ogromnie!

niedziela, 31 lipca 2011

"Camelot" sezon 1 (i prawdopodobnie ostatni)


„Camelot” to serial reklamowany jako adaptacja legend arturiańskich przystosowana do potrzeb współczesnego widza. Nie trafiłam jeszcze na ekranizację opowieści o Arturze, która w pełni by mnie zadowalała, więc tym chętniej zabrałam się za oglądanie pierwszego odcinka. Oj, jak srodze się rozczarowałam- ale po kolei.
Największą rolę w ocenie filmu (lub serialu) odgrywa dla mnie obsada- czasem samą grą aktorską da się uratować nieciekawy film. W obsadzie „Camelotu” znalazłam sporo znanych przeze mnie wcześniej nazwisk- choćby Josepha Fiennesa, Evę Green, Jamiego Campbell Bowera czy też Sinead Cusack. Jak widać samo nazwisko nie wystarczy- „Camelot” straszy aktorską klapą. Poczynając od głównych postaci, kończąc na pobocznych- nikt, absolutnie nikt nie zapada w pamięć, postacie są bezbarwne, pozbawione polotu i charyzmy. Artur grany przez Jamiego Campbell Bowera pasuje jak pięść do nosa- na miejscu poddanych czym prędzej wszczęłabym bunt by wyłonić nowego króla. Pomijając wygląd aktora (podziwiam, że potrafił utrzymać miecz tymi wątłymi ramionami)- zawodzi także aktorsko. Kreacja Morgany wyglądała zachęcająco- niepokojąca uroda Evy Green pasuje idealnie do tej roli. Jakże mylne było moje pierwsze wrażenie- widz otrzymuje Morganę przerysowaną aż do bólu, przejaskrawioną, teatralną. Wreszcie wisienka na torcie- Merlin. Od zawsze byłam zdania, że talent aktorski powędrował do starszego brata Josepha Fiennesa, aczkolwiek i młodszemu Josephowi trudno było odmówić pewnej dozy uroku (chociażby w „Zakochanym Szekspirze”). Urok prysł jak bańka mydlana, Fiennes biega po Camelocie z trudną do zidentyfikowania miną i zasadniczo na tym kończy się jego rola. Gdzie się podział największy czarodziej w historii? Nie wiem, na planie filmowym „Camelotu” go zabrakło. Nad resztą aktorów już znęcać się nie będę (chociaż mam na to ochotę ;)).
Nie mniejszy zawód zapewnia sama fabuła. „Camelot” jest przeraźliwie nudny, rozwleczony, bez pomysłu. Akcja zmierza do nikąd, brakuje jakiegokolwiek celu przedstawianych zdarzeń. 50-minutowy odcinek dłuży się jak „Moda na sukces” (dla porównania- odcinki konkurencyjnej „Gry o tron” mijały mi w błyskawicznym tempie).
Jedynymi plusami tej produkcji są całkiem ładne zdjęcia i klimatyczna muzyka. To zdecydowanie nie wystarczy, żeby ratować „Camelot” w moich oczach. Z pewnością nie sięgnę po drugi sezon- zresztą zdaje się, że takowego nie będzie, na chwilę obecną serial został anulowany (czemu nietrudno się dziwić).  
„Camelotu” nie polecam, chyba, że jako środek nasenny. Najwidoczniej nie należę do zaszczytnej grupy współczesnych widzów, do której kierowano tę produkcję. Lepszym serialem oscylującym wokół tematyki arturiańskiej jest chociażby „Merlin” BBC- schematyczny aż do bólu, nieco infantylny (w końcu to produkcja familijna), ale przyjemny i humorystyczny.
Oglądaliście? Jak wrażenia?

środa, 27 lipca 2011

Wygrywajka zakładkowa

Ostatnio czytanie idzie mi dość opornie, a co za tym idzie- momentami się nudzę. Przekleństwo bezczynności dopadło mnie wczoraj wieczorem, postanowiłam więc zaradzić mu w dość prosty sposób- tworząc nową zakładkę. Wyciągnęłam kolekcję ołówków, kredki (w zasadzie to jedną ;)), karton i zabrałam się do pracy. Efekt mojego twórczego szału możecie zobaczyć poniżej- ot, taki sobie koteczek ;)


A teraz przechodzę do sedna- jak wiadomo każdy mól książkowy potrzebuje niezliczonej ilości zakładek :) Jeśli więc macie ochotę zdobyć prezentowaną przeze mnie zakładkę wystarczy wpisać w komentarzu tradycyjne „Zgłaszam się”. Standartowo- jeśli zgłosi się więcej niż jedna osoba przeprowadzę losowanie. Wszystkich chętnych bez blogów proszę o pozostawienie adresu email.
Będzie mi bardzo miło, jeśli dodacie mnie do obserwowanych i zamieścicie banner na swoim blogu, ale nie są to warunki konieczne- nikogo ścigać nie zamierzam :) Wystarczy wpis w komentarzu.
Zgłoszenia przyjmuję do 10 sierpnia do północy, potem przeprowadzę losowanie.
Pozdrawiam!

poniedziałek, 25 lipca 2011

"Gra o Tron" sezon 1


Ostrzegam lojalnie- dzisiaj będzie egzaltowanie. A wszystko to za sprawą serialu HBO „Gra o Tron”- na sam dźwięk tej nazwy wpadam w zachwyt i euforię. Od ostatniego odcinka siedzę jak w transie, zdolna jedynie mamrotać "chcę więcej!". Nie tak dawno zachwycałam się książką Martina, przyszedł czas na jej ekranizację. (I tak moi mili rodzi się nowa obsesja ;))



Jako, że najnowsza produkcja HBO cieszy się ogromną popularnością zarys fabuły pewnie już wszyscy znacie- królewskie intrygi, wojny między potężnymi rodami, knowania, jakieś Żelazne Trony, a jakby tego było mało- na deser nadprzyrodzone istoty za wielkim murem na północy. Raz zagłębisz się w świat "Gry o Tron" i już nie opuścisz go obojętny.



Aktorsko- fenomenalnie. Wstaję z miejsca i nagradzam owacjami na stojąco ludzi odpowiedzialnych za castingi- aktorzy dobrani doskonale, poza jednym małym wyjątkiem o którym za chwilę. Moim największym odkryciem jest Peter Dinklage w roli Tyriona Lannistera. Karzeł z miejsca podbił moje serce lądując na pierwszym miejscu ulubionych bohaterów, a Peter wzniósł tę postać nawet o szczebel wyżej. Najbardziej charyzmatyczny, niejednoznaczny i fascynujący człowiek w produkcji- jak widać w małym ciele potrafi zmieścić się ogromny talent. Kolejna kreacja, o której koniecznie trzeba wspomnieć to Eddard Stark- w tej roli znany i lubiany Sean Bean. Tego pana chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Ktoś jeszcze? Ano tak- Michelle Fairley jako Catelyn Stark, Iain Glein (Ser Jorah Mormont), Nikolaj Coster-Waldau w roli Jaimego Lannistera (aktor z miejsca obwołany sobowtórem Księcia z Bajki ze „Shreka”- przyznajcie szczerze, porównanie niezaprzeczalnie trafne- klik!) i Aidan Gillen (Littlefinger)… Mogę wymieniać bez końca. Mocną stroną obsady są również młodzi aktorzy- Emilia Clarke (Daenerys), Maisie Williams (Arya Stark), Richard Madden (Robb Stark), Kit Harington (Jon Snow) czy Jack Gleeson (Joffrey Baratheon).  Potwierdzam, ostatniego kandydata należałoby jak najszybciej pozbawić tej blond głowy (na ekranie, bez uszczerbku dla aktora- aż taką sadystką jeszcze nie jestem ;)). Ponoć sam Martin napisał do Jacka „Byłeś świetny. Wszyscy cię nienawidzą.”, a ja mogę tylko podpisać się pod tymi słowami. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi Gleeson ma twarz stworzoną do tego, żeby go nienawidzić (i tak, wszyscy kochają ziać nienawiścią do księcia Joffreya). A żeby wzbudzić ogólnoświatową antypatię trzeba jednak posiadać odrobinę tej cechy nazywanej talentem aktorskim. Kto więc nie spełnił moich oczekiwań? Lena Headey w roli Cersei Lannister- sama postać jest szalenie ciekawa, niestety aktorka zadręcza widza wiecznie zbolałą miną. Po kobiecie z dość okazałą filmografią spodziewałam się lepszej gry.



O aktorach dość, czas na resztę egzaltacji. HBO jak to HBO nie zawiodło pod względem scenografii, kostiumów i zdjęć: dopracowane, klimatyczne, czyli dokładnie takie jak być powinny. Dodajcie do tego mistrzowskie dialogi, niektóre żywcem wyjęte z książki. Należałoby wspomnieć także parę o muzyce- melodia z czołówki chodzi za mną od paru tygodni, doczekała się nawet kilku coverów na youtube (polecam zwłaszcza wersję skrzypcową). Jak wiadomo naśladownictwo jest najwyższą formą pochlebstwa, niech więc ten fakt świadczy o wspaniałości kompozycji Ramina Djawadi.



Jeśli uchowały się jeszcze zbłąkane duszyczki nieznające dotychczas „Gry o Tron”- polecam nadrobić jak najszybciej. Warto zacząć od książki, unikając w ten sposób utraty jakiejkolwiek aluzji- sama tak zrobiłam i przyznaję, że inaczej przegapiłabym co poniektóre wzmianki. Z ogromną niecierpliwością czekam na kolejny sezon i wydanie dvd- taką perełkę muszę mieć w domowej filmotece.
Winter is coming!
Na koniec filmik, którego nie potrafiłam sobie darować: czyli czemu wszyscy uwielbiają Tyriona (i kochają nienawidzić Joffa) :) "I'm telling mother! Oh!" :D

sobota, 23 lipca 2011

"Last minute" Sylwia Kubryńska

„Agnieszka jest trzydziestolatką „po przejściach”. Straciła kochanka, pracę, zaczyna jej szwankować zdrowie. Przyjaciółka wymyśla dla niej podróż terapeutyczną do Afryki. Za małe pieniądze, bo w trybie „last minute” wyprawiają się obie do słonecznej Tunezji. Tam Agnieszka poznaje Haithema i postanawia nie wracać do Polski. Niestety, rzeczywistość okazuje się nie być taka piękna…”
Lektury, które wybieram nieodłącznie wiążą się z aurą, która aktualnie panuje za oknem- jesienią i zimą chętnie sięgam po ponure, ciężkie tomiszcza, wiosną i latem zaś- po te z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych. Tegoroczne lato bywa wyjątkowo kapryśne, jednakże korzystając z ulotnych chwil, kiedy to słońce łaskawie zamajaczy na niebie chwyciłam „Last minute” autorstwa Sylwii Kubryńskiej.
Głównym wątkiem powieści jest romans, między wspomnianą w opisie „trzydziestolatką <<po przejściach>>” a poznanym na wakacjach Tunezyjczykiem. Nigdy nie należałam do grona zwolenników romansów- o ile wątki romantyczne same w sobie lubię, o tyle natychmiast odrzucam wszelkie książki w których są one wątkiem jedynym.  Miłość polsko-arabska w „Last minute” ukazana jest dosyć banalnie, bez większego polotu, wręcz sztampowo. Na szczęście w prozaiczną historię pisarka zdecydowała się wpleść inne, poboczne wątki, dla mnie zdecydowanie ciekawsze- interesujące, skomplikowane relacje rodzinne, zmagania z chorobą czy nietypową przyjaźń. Gdyby nie one zapewne odłożyłabym powieść po paru stronach.
Autorka wykreowała realistycznych bohaterów- niezbyt zapadających w pamięć, to fakt, ale wystarczająco prawdziwych aby nie denerwować czytelników uczulonych na zjawisko Mary Sue w literaturze, takich jak ja. Nie obdarzyłam nikogo sympatią, obyło się i bez negatywnych uczuć- zapewne w niedługim czasie zapomnę nawet jak miały na imię główne postaci.
Styl pisarki jest niezwykle lekki i prosty, na mój gust nawet zbyt prosty. Uwielbiam sposób pisania znany chociażby z wiktoriańskich powieści- nieco przyciężkawy, zmuszający do zwolnienia tempa czytania aby nie pogubić się w słowach. Sylwia Kubryńska stworzyła książkę zupełnie inną: pełną potocznych zwrotów, zdań po których z łatwością możemy przeskoczyć wzrokiem bez zbytniej straty dla samej lektury. Jakkolwiek nie przepadam za taką formą muszę przyznać, że w przypadku „Last minute” sprawdziła się znakomicie.
Naprawdę ciężko mi ocenić tę książkę, nie umiem nawet stwierdzić czy mi się podobała. „Last minute” jest lekturą zupełnie inną od tych, po które sięgam na co dzień, dlatego też niezupełnie odnalazłam się w jej klimacie. Z drugiej strony czytało mi się ją sprawnie, szybko i z przyjemnością. I z tym niezbyt inteligentnym stwierdzeniem decyzję czy sięgnąć po książkę pani Kubryńskiej pozostawiam wyłącznie Wam.
Ode mnie: 3,5/6
Za egzemplarz recenzyjny dziękuję wydawnictwu Nowy Świat.

środa, 20 lipca 2011

One Lovely Blog Award

 

Ostatnio krążące po blogach One Lovely Blog Award dopadło i mnie- a to za sprawą nominacji przez sześć przemiłych blogerek: sardegnę, Pannę_Indywiduum, Immorę, Soulmate, enedtil i Klaudię Karolinę. Wszystkim wymienionym osobom ogromnie dziękuję raz jeszcze, nie spodziewałam się aż tylu nominacji :)
Aby tradycji stało się zadość wklejam zasady:
  • napisz u siebie podziękowania i wklej link blogera, który cię nominował,
  • napisz o sobie siedem rzeczy,
  • nominuj szesnaście innych, cudownych blogerów (nie można nominować osoby, która cię nominowała),
  • napisz im komentarz, by dowiedzieli się o nagrodzie i nominacji. 
Punkt pierwszy spełniony, czas na drugi. Pisałam niedawno całkiem sporo o sobie, ale skoro takie są zasady uzewnętrznię się po raz kolejny.

1. Nie lubię książek bibliotecznych. Uwielbiam przebywać w samych bibliotekach, ale nie lubię wypożyczać książek- natura chomika bierze górę, po prostu uwielbiam sam fakt posiadania tomiszczy.
2. Moim ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu, oprócz czytania książek oczywiście, jest oglądanie filmów i seriali. Ostatnio częściej sięgam po to drugie- wszakże „Gra o Tron” i „Czysta krew” same się nie obejrzą ;) Uwielbiam wszelkie kostiumówki, filmy historyczne, dramaty. Za to ciężko zmusić mnie do obejrzenia komedii romantycznej. Gdybym mogła codziennie chodziłabym do kina.
3. Uwielbiam starocie. Ogromnie podobają mi się ubrania w stylu retro i vintage, szkoda, że średnio do mnie pasują ;) Zadowalam się jedynie skromnymi dodatkami- kieszonkowy zegarek noszony na szyi to mój ulubiony element stroju.
4. Chciałabym zacząć czytać po angielsku i oglądać filmy angielskojęzyczne bez napisów. Do pierwszego powoli się przygotowuję kupując odpowiednią literaturę. Filmy zaś zaczynam oglądać z angielskimi napisami- za głucha jestem, żeby zrozumieć co poniektórych aktorów ze specyficznym akcentem ;)
5. Kocham lakiery do paznokci. I pachnące kosmetyki- wszelkie balsamy, płyny do kąpieli, masła do ciała i całą resztę.
6. Ogromnie podobają mi się rude włosy- zazdroszczę wszystkim rudzielcom ;)
7. Jak każdy rasowy mól książkowy marzę o ogromnej prywatnej bibliotece- bujany fotel, kominek (średnio bezpieczne, ale jakie klimatyczne!), puchowy dywan. Może kiedyś będzie mnie stać na taki kaprys ;)

Na koniec moje nominacje. Czemu tylko 16?! Wybór ciężki, bo blogów, które uwielbiam odwiedzać jest co najmniej dwa razy tyle.
Część z Was zapewne zamieszczała już posty o zabawie, ale to niczemu nie szkodzi ;) Kolejność oczywiście przypadkowa:
10. KamCia
13. kasandra_85 (wiem, że nie bierzesz udziału w zabawie, ale i tak musiałam Cię wyróżnić)
14. Deline
16. dm1994
Uff ;)
 
Wordpress Theme by wpthemescreator .
Converted To Blogger Template by Anshul .