„Zamordowany został król. Władza przeszła w ręce spiskowców, którzy sądzili, że każdy element ich planu był doskonały. Poza jednym. Winą próbowali obarczyć Royce’a i Hadriana. Ci nie są jednak byle złodziejaszkami i nie pójdą dobrowolnie pod pręgierz. To okryty złą sławą duet Riyira, i nikt nie powstrzyma ich przed krwawą zemstą! Los królestwa spoczywa w rękach dwóch najemników.”
Czy można stworzyć książkę, która opiera się na utartych, niewątpliwie sztampowych schematach, a mimo to broni się przed przyklejeniem jej łatki powieści wtórnej? Czy można wzdrygać się przed określeniem danego tomiszcza mianem nieoryginalnego, nie bacząc na fakt iż na taką opinię w gruncie rzeczy zasługuje? Ano można, co potwierdza przykład opasłej pozycji „Królewska krew. Wieża elfów”, prozy Michaela J. Sullivana.
„Królewska krew. Wieża elfów” to tak naprawdę dwa osobne tomy cyklu, w polskim przekładzie wciśnięte do jednej książki. Dwa tomy, dwie osobne historie, które łączy jeden wspaniały duet. Royce i Hadrian, bo to o nich mowa, to bohaterowie żywcem wyjęci z powieści łotrzykowskich. Przebiegli, sprytni niczym zwierzęta futerkowe z rudą kitą, szelmowscy i nieco nieposkromieni, a przy tym nad wyraz sympatyczni i zabawni- słowem postaci w stylu Robin Hooda (i to w podwójnej dawce), których nie sposób nie polubić od samego początku.
Prozę Sullivana charakteryzuje lekkie pióro, niewymuszony humor i wartka akcja. Kiedy już zasiadałam do lektury z trudem mogłam oderwać rozbiegany wzrok od kolejnych linijek tekstu. Ponadto na widok niektórych dialogów usta same układają się w kształt dorodnego rogala, co tylko dodaje dziełu atrakcyjności- książka nie może się co prawda poszczycić górnolotnym, wymagającym humorem, ale nie tego rodzaju dowcipów oczekuje człowiek zmęczony całym dniem pracy. W takim przypadku leciutka proza Sullivana okazuje się być doskonałym rozwiązaniem.
Czas na parę słów o samej fabule. W tym przypadku należy bezwzględnie rozgraniczyć „Królewską krew” od „Wieży elfów”. W przypadku tej pierwszej mamy do czynienia z historią nieco banalną i trącącą wtórnymi schematami. Mam wrażenie, że tego rodzaju opowieść słyszałam już nie raz, ale…- i tu właśnie pojawia się swoisty fenomen tej książki- ten fakt zupełnie nie przeszkadza podczas lektury. W mojej głowie ani razu nie zakołatało oskarżenie o jakąkolwiek wtórność, a na twarzy brakło zdegustowanych grymasów. Pojawiły się za to iskierki w oczach podczas poznawania dalszych losów fenomenalnego duetu. Wydarzenia zaprezentowane w „Wieży elfów” znacząco zyskują na nietuzinkowości (choć całkiem nieszablonowymi dalej bym ich nie nazwała), a to znaczy, że w kolejnych tomach czytelnik może liczyć na wzrost formy autora.
Nie byłabym sobą, gdybym nie wytknęła książce drobnego minusa. Jak to bywa w większości powieści czytelnik nie zna wszystkich tajemnic z życia głównych bohaterów i po tropach zostawianych przez autora, niczym po nitce od kłębka, dociera do coraz to kolejnych szczegółów. Niestety, moim zdaniem w paru przypadkach autor powplatał w tekst nieco zbyt sugestywne poszlaki, co skutkowało zbyt wczesnym odkryciem sekretów. Nigdy nie miałam w sobie zacięcia detektywistycznego, które pozwalało mi na odkrywanie zagadek dużo wcześniej niźli zaplanował to autor- wprost przeciwnie, uwielbiam być zaskakiwana. U Sullivana niestety elementu niespodzianki się nie doczekałam.
„Królewska krew. Wieża elfów” to powieść, którą bez większych przeszkód uznaję za źródło wspaniałej, nieskomplikowanej (acz nie prostackiej) i lekkiej rozrywki. Zdecydowanie nie żałuję czasu spędzonego w towarzystwie dwóch ujmujących dżentelmenów i z niecierpliwością czekam na kolejne tomy cyklu. Polecam.
Ode mnie: 5/6
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.
***
Jak widać tragicznie zaniedbałam bloga. Wytłumaczenie mam jedno- klasa maturalna. Staram się nie rezygnować zupełnie z czytania, więc pozycji czytelniczych na mojej liście książek przeczytanych przybywa- w tempie ślimaczym, ale jednak. Niestety, po powrocie ze szkoły padam na twarz i nie jestem w stanie zebrać się do napisania paru słów o jakiejkolwiek książce. I tak to już u mnie będzie do maja…





